Historia kołem się toczy

Często słyszymy to powiedzenie. Przekaz ten zdaje się mówić, że nic nie ginie w przestrzeni pamięci, że wszystko się powtarza. Zdawać się więc mogłoby, że skoro wszystko się powtarza, to mądrzy ludzie potrafią zapobiec temu, żeby zło się nie powtarzało.

Często słyszymy to powiedzenie. Przekaz ten zdaje się mówić, że nic nie ginie w przestrzeni pamięci, że wszystko się powtarza. Zdawać się więc mogłoby, że skoro wszystko się powtarza, to mądrzy ludzie potrafią zapobiec temu, żeby zło się nie powtarzało.

Jestem z pokolenia, które zostało wychowane na haśle „Nigdy więcej wojny”. Powojenny przekaz mówił o zbrodniczości II wojny światowej, o bezwzględności i okrucieństwie Niemców, o zamordowanych i zakatowanych ofiarach, o ulicznych łapankach i egzekucjach, o obozach koncentracyjnych. W tym przekazie z podręczników i programów nauczania praktycznie nie wspominano o obozach jenieckich. Dziwne były te programowe decyzje. Podczas II wojny światowej w niewoli znalazły się wszakże setki tysięcy żołnierzy polskich walczących w obronie Polski jesienią 1939 r., a także na różnych frontach w następnych latach.

Być może jedną z przyczyn tego celowego milczenia i pomijania tematu w obszarze edukacyjnym była pewna niezręczność historyczna. Otóż ci żołnierze i oficerowie, którzy znaleźli się w niewoli niemieckiej, mieli szanse na przeżycie. Niemcy bowiem respektowali, zwłaszcza wobec oficerów, wobec szeregowców w ograniczonym zakresie, zapisy konwencji genewskiej z 1929 r. Odznaczało to, że każdy jeniec miał prawo do regularnego odżywiania, pomocy medycznej, udziału w obrządkach religijnych, korespondencji z rodziną, a także do życia kulturalnego i uprawiania sportu. Różnie to wyglądało w poszczególnych obozach.

Poza tym wiemy, że Niemcy zachęcali lub wręcz zmuszali jeńców do zrzeczenia się statusu jenieckiego po to, aby zatrudniać ich jako robotników przymusowych. Opustoszała z mężczyzn III Rzesza potrzebowała rąk do pracy. Przede wszystkim w rolnictwie i w przemyśle.

Ale jak wiemy, polscy żołnierze znaleźli się również w niewoli sowieckiej. Przecież Związek Radziecki napadł na Polskę 17 września 1939 r. i wschodnie tereny II Rzeczpospolitej zostały zajęte przez Armię Czerwoną.

Związek Radziecki i jego wódz Josef Stalin za nic mieli ustalenia konwencji genewskiej, której zresztą Stalin nie podpisał. Obecnie wszyscy wiemy, co stało się w Katyniu, Charkowie, Miednoje i innych miejscach. Ogółem ponad 21 tysięcy oficerów Wojska Polskiego i Policji Państwowej zostało zamordowanych w Związku Radzieckim. Zwłoki tysięcy oficerów zamordowanych w Katyniu strzałem w tył głowy z broni krótkiej oprawcy wrzucali do zbiorowych dołów. Miał nikt o tym miejscu nie pamiętać. W tych miejscach miał rosnąć las i nikt nie miał prawa wiedzieć, co skrywa ziemia. Kiedy Niemcy odkryli masowe groby w Katyniu, wierchuszka sowiecka nie przyznała się do zbrodni. Przez lata usiłowano nią obciążyć Niemców.

Te zbrodnie na polskich oficerach nie miały prawa stać się wiadomością publiczną, nie można było o nich nauczać w polskich szkołach i pisać o nich w podręcznikach historii. Zakłamana historia o Wielkim Bracie miała być nienaruszalna.

Być może jest to jeden z powodów, dla których tematy związane z jeniectwem były poruszane w bardzo niewielkim stopniu. Do złożoności tematu dołączał się niewątpliwie problem AK-wców, żołnierzy powstania warszawskiego, uznanych przez Niemców za jeńców z prawami ustalonymi w ww. konwencji. Przecież w Polsce Ludowej o Armii Krajowej i powstaniu warszawskim też milczano przez dziesięciolecia.

Czy opisane powyżej mechanizmy zakłamywania historii ominęły Zgorzelec? Oczywiście, że nie. Informacje o obozie jenieckim i tutaj zawisły w niejasnych przestrzeniach niepamięci. Upamiętniający były obóz Stalag VIII A pomnik i głaz na cmentarzu jenieckim zorganizowali i wymusili na polskich władzach wojewódzkich byli jeńcy z Francji i Belgii. Również przemilczano przez dziesiątki lat fakt, że kilku jeńców tego obozu włączyło się aktywnie w proces tworzenia polskiej administracji miasta i starostwa.

Tytuł tego tekstu mówi o tym, że historia wraca, zataczając w pewnym sensie koło. Czy możemy tak po niemalże 80 latach powiedzieć? Z pewnością tak. Zmienili się aktorzy w głównym teatrze wojny, Polacy odgrywają dotąd na szczęście role mniej lub bardziej świadomych statystów.

Rosja przed czterema laty napadła na Ukrainę. Właściwie już wcześniej, w roku 2014, miał miejsce pierwszy etap obecnej wojny. Wojna oznacza nie tylko fronty walk, bitwy, udział żołnierzy, ale także nieszczęścia ludności cywilnej, mordy i gwałty, zniszczony dobytek życia.

Wojna oznacza też, że żołnierze walczących ze sobą armii, wpadając w ręce wroga, idą do niewoli. Nie wszyscy, zdarzają się bowiem wg zasady „jeńców nie bierzemy” przypadki mordowania żołnierzy ukraińskich przez żołnierzy rosyjskich. Warunki niewoli okazują się tematem aktualnym. Powracający w ramach wymiany jeńców z rosyjskiej niewoli żołnierze ukraińscy są najczęściej w strasznym stanie fizycznym i psychicznym. Przeszli piekło. Przed komisjami ds. zbrodni rosyjskich składają przerażające zeznania o warunkach, w których byli przetrzymywani, o torturach.

Konwencja genewska? Cóż to takiego? Zwycięża barbarzyństwo. 

Upadł więc mit o tym, że zwycięży pokój i solidarność między narodami, który tak pielęgnowano w ramach wychowania ideologicznego.

Dziś nie wypada pisać „Nigdy więcej wojny”. To puste słowa. Natomiast bardzo pilnie należy myśleć o tym, że wojna może stać się też naszym udziałem. I jasno widzieć, kto jest naszym wrogiem, a kto przyjacielem. I odpowiednio się zachowywać.

Obserwacja sceny politycznej, jak i komentarze w mediach społecznościowych niestety dobitnie świadczą o tym, że część społeczeństwa ma problem z trzeźwym myśleniem i rzeczową oceną sytuacji.

Kinga Hartmann-Wóycicka
Fundacja Pamięć Edukacja Kultura