Dzisiaj pierwsza część biografii ostatniego niemieckiego proboszcza kościoła pw. św. Bonifacego w Zgorzelcu, który w pierwszym powojennym roku otacza opieką duszpasterską także polskich osiedleńców. Jego postać przybliża naszym czytelnikom Kinga Hartmann-Wóycicka, prezes Fundacji Pamięć Edukacja Kultura.
CZĘŚĆ I
DZIECIŃSTWO I MŁODE LATA
Franz Scholz, późniejszy proboszcz kościoła pod wezwaniem św. Bonifacego, urodził się we Wrocławiu 10 grudnia 1909 roku. Jego rodzice byli katolikami. Tu, na protestanckim Śląsku, bycie katolikiem oznaczało przynależność do mniejszości. Żywe było jeszcze wśród starszego pokolenia wspomnienie walki prowadzonej przez kanclerza Bismarcka w latach 70. XIX w. z Kościołem katolickim. Głęboka religijność i atmosfera rodzinnego domu kształtowała psychikę chłopca i wpłynęła na jego późniejsze życiowe wybory. Ojciec, Franz senior, był początkowo księgowym, potem dzięki solidnej pracy i osobistej odpowiedzialności został prokurentem w fabryce drożdży.
Franz był drugim z jedenaściorga dzieci Franza i Helene Scholzów. Rodzina mieszkała bardzo skromnie w domu przy Gräbschenerstraße 39 (dzisiejsza ulica Grabiszyńska).
Kiedy wybuchła I wojna światowa Franz miał 5 lat. Początkowo życie w mieście płynęło w miarę normalnie. Po latach Franz Scholz wspominał, że z tamtych czasów pamiętał przede wszystkim strach przed głodem. Głównym zajęciem chłopca było stanie w kolejkach po chleb i tłumaczenie rozsierdzonemu tłumowi, że chce kupić trzy bochenki chleba (sprzedawano po pół bochenka), bo w domu jest dziewięć osób.
W domu Scholzów, również po zakończeniu wojny, panowała bieda wynikająca z ówczesnej sytuacji politycznej i gospodarczej Niemiec. Rewolucyjne wrzenie 1919 roku, początki Republiki Weimarskiej, rozgoryczenie po przegranej wojnie i „dyktacie wersalskim”, jak nazywano traktat podpisany w czerwcu 1919 roku, szalejąca inflacja i poważne ciężary ekonomiczne nałożone na Niemcy przez zwycięzców, to były realia, w jakich żyli obywatele tego kraju.
Dzieci były jednak szczęśliwe. Ojciec wrócił z wojny i znów był z nimi. Dla Franza, który od dziecka był bardzo pobożny, szczególnym dniem była niedziela. Wtedy cała rodzina szła do kościoła, potem był lepszy obiad, a potem starsi chłopcy szli z ojcem na długi spacer. Wędrując przez podwrocławskie okolice, któregoś razu mały Franz zetknął się z ludźmi, których mowy nie rozumiał. Byli to, jak powiedział mu ojciec, polscy robotnicy sezonowi, pracujący na polach bogatych niemieckich chłopów.
Którejś niedzieli zobaczył ich w parafialnym kościele i usłyszał ich pieśni. Ich pobożność i śpiew wywarły na nim duże wrażenie. Wydawało mu się, że czują się tu obco i samotni. I jak wspomina, od tego momentu chciał im pomagać.
W tym czasie Franz Scholz zaczął uczęszczać do gimnazjum we Wrocławiu, które znane było z wysokiego poziomu. Co było bardzo ważne, szkoła ta dawała szanse zdobycia wykształcenia również niezamożnym uczniom, pod warunkiem, że byli wybitnie uzdolnieni i mieli odpowiednie referencje swoich nauczycieli.
Po maturze w 1929 r. Franz Scholz rozpoczął studia teologii katolickiej i nauki społecznej Kościoła. W latach 1929–1933 studiował we Wrocławiu i Fryburgu Bryzgowijskim (Freiburg im Breisgau). W tym czasie zaczął zrealizować swoje marzenie: zaczął uczyć się języka polskiego. Jego zamiary bowiem zbiegły się w czasie z zarządzeniem kardynała Adolfa Bertrama, biskupa archidiecezji wrocławskiej, który polecił wszystkim klerykom uczyć się podstaw polskiego. Kardynał Bertram postanowił objąć opieką duszpasterską polskojęzycznych wiernych z Górnego Śląska i robotników sezonowych.
Nauczyciel z gimnazjum pomógł mu nawiązać kontakt z seminarium jezuickim w Krakowie, konsulat Rzeczypospolitej we Wrocławiu wystawił darmową wizę i załatwił zniżkę na pociąg. Koledzy-klerycy ostrzegali, że Polacy każdego Niemca traktują jak szpiega. Ale pojechał. Był rok 1930.
Mówi – Przejechałem koleją przez granicę w Hindenburg (Zabrze). Przyszedł polski żołnierz, skontrolował paszport i pyta: „Pan student? A cóż tu pan u nas robi?” – „Jadę na studia”, mówię. A on na to: „Ach, pan będzie księdzem! Serdecznie witamy”.
Niestety. Jezuici okazali się nieporozumieniem. […] Przybysza z „protestancko-liberalnych Niemiec” potraktowano więc jako zagrożenie dla polskich kleryków. I jemu, który przyjechał uczyć się języka, zakazano „samodzielnych kontaktów” z rówieśnikami. […] Te kilka tygodni w Krakowie spędził „jak na kwarantannie”. Do Wrocławia wrócił „na tarczy”.
Kolejną próbę podjął wiosną 1931 roku. Tym razem jechał do Lublina, na Katolicki Uniwersytet. (W. Pięciak, Franza Scholza życie pod prąd [w:] Inne twarze pojednania. Reportaże, Kraków 2000, s. 17)
Początki pobytu nie były jednak zachęcające. W towarzystwie, w którym znalazł się ze względu na ferie wielkanocne, spotkał się z totalnym ostracyzmem, kiedy powiedział, że jest Niemcem.
I pewnie wróciłby ostatecznie do domu, gdyby pewnego ranka nie poszedł służyć do Mszy, którą odprawiał ksiądz Piotr Kałwa, docent prawa kościelnego i dyrektor lubelskiego konwiktu (domu dla studentów kleryków). Po Mszy porozmawiali – i Scholz zamieszkał w konwikcie Kałwy. Kiedy po czterech tygodniach wracał do Wrocławia, wiedział już, że znalazł to, czego szukał.
Potem jeździł tak co rok, najpierw jako kleryk i student teologii, a potem ksiądz.
Scholz i Kałwa (po wojnie biskup; zmarł w 1974 roku) zostali przyjaciółmi. (W. Pięciak, str. 18.)
Do Polski jeździł do 1937 r. Odwiedził Warszawę, Poznań, a nawet leżący na Polesiu Pińsk. Miał w planach jeszcze wizytę we Lwowie, ale tej podróży nie udało mu się już zrealizować. Był pod wielkim wrażeniem polskiej religijności, z jej obrzędami i tradycjami. Podobały mu się procesje, liturgia, ten specjalny rodzaj żarliwości w modlitwie, całowanie krzyża.
Te częste podróże i zainteresowanie Polską wzbudzały zdziwienie u przełożonych i kolegów Scholza, jak też zresztą po stronie polskiej. Z jednej strony pytanie „po co” i „czy się nie boi”, a z drugiej – „czego ten Niemiec tu szuka”.
W styczniu 1934 r. Franz Scholz otrzymał z rąk kardynała Bertrama święcenia kapłańskie i został wikarym w kościele św. Krzyża na Ostrowie Tumskim. Otaczał też opieką duszpasterską wiernych w Głogówku (wówczas Oberglogau) oraz działał w duszpasterstwie osób niesłyszących.
W tym samym roku kardynał Bertram ustanowił polską parafię przy kościele św. Marcina (St. Martinskirche) i duszpasterzem mniejszości polskiej mianował księdza Scholza.
Na 625 tys. mieszkańców Wrocławia przypadało wtedy (według szacunków niemieckich) około tysiąca Polaków. I choć odprawianie Mszy po polsku możliwe było przedtem tak w kościele św. Marcina, jak i we wszystkich 24 wrocławskich parafiach (o ile była potrzeba i mówiący po polsku ksiądz), ustanowienie parafii akurat w rok po objęciu władzy przez Hitlera miało znaczenie psychologiczne. […]
W gęstniejącej atmosferze pierwszych lat nazizmu na Scholzowe Msze w Świętym Marcinie przychodziło około 200 osób. (Dopiero z początkiem wojny zakazano wszystkiego, co było polskie: organizacji, Mszy; a wielu z tych, którzy chcieli pozostać Polakami, trafiło do obozów).
Scholz wspomina:
– Przyjmowałem też każde zaproszenie od polskich organizacji, a na 11 Listopada, kiedy intonowano „Boże coś Polskę”, śpiewałem z całego serca: „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”. (W. Pięciak, str. 20)
Kinga Hartmann-Wóycicka
Fundacja Pamięć Edukacja Kultura