Dzisiaj druga część biografii ostatniego niemieckiego proboszcza kościoła pw. św. Bonifacego w Zgorzelcu, który w pierwszym powojennym roku otacza opieką duszpasterską także polskich osiedleńców. Jego postać przybliża naszym czytelnikom Kinga Hartmann-Wóycicka, prezes Fundacji Pamięć Edukacja Kultura.
Część II
Wojna
W styczniu 1934 r. Franz Scholz otrzymał z rąk kardynała Bertrama święcenia kapłańskie i został wikarym w kościele św. Krzyża na Ostrowie Tumskim. Otaczał też opieką duszpasterską wiernych w Głogówku (wówczas Oberglogau) oraz działał w duszpasterstwie osób niesłyszących. W tym samym roku kardynał Bertram ustanowił polską parafię przy kościele św. Marcina (St. Martinskirche) we Wrocławiu i duszpasterzem mniejszości polskiej mianował księdza Scholza. „Na 625 tys. mieszkańców Wrocławia przypadało wtedy około tysiąca Polaków. … W gęstniejącej atmosferze pierwszych lat nazizmu na Scholzowe Msze w Świętym Marcinie przychodziło około 200 osób. Dopiero z początkiem wojny zakazano wszystkiego, co było polskie: organizacji, Mszy, a wielu z tych, którzy chcieli pozostać Polakami, trafiło do obozów.”
Scholz wspomina:
– Przyjmowałem też każde zaproszenie od polskich organizacji, a na 11 Listopada, kiedy intonowano „Boże coś Polskę”, śpiewałem z całego serca: „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”. (W. Pięciak, Franza Scholza życie pod prąd, str. 20)
Było późne lato 1939 r., nadciągała wojna. Ksiądz ruszył w kolejny objazd do swoich polskich robotników sezonowych. 31 sierpnia, po nabożeństwie i procesji, usiadł do kolacji, kiedy w radiu usłyszał komunikat o mobilizacji i ustaniu ruchu pasażerskiego pociągów.
Kolacji nie dokończył. Udało mu się złapać ostatni pociąg do Wrocławia.
Początkowo wojna niewiele zmieniła w życiu Franza Scholza, jak też nie dotknęła Śląska bezpośrednio. Rozpoczęto mobilizację młodych mężczyzn, widać było przejeżdżające przez Śląsk pociągi transportujące wojsko i sprzęt oraz lecące na wschód bombowce. Bezpośrednie działania wojenne omijały Śląsk i jego ważne miasta. Prawdziwa wojna, z jej całą grozą, dotrze tu dopiero na przełomie 1944 i 1945 r.
Ksiądz Scholz pełni dalej swoje duszpasterskie obowiązki i pracuje nad dysertacją. W 1940 r. uzyskuje tytuł doktora teologii. W tym samym roku, na wiosnę, kardynał Adolf Bertram zlecił mu nowe zadanie: zorganizowanie duszpasterstwa w Görlitz-Ost.
Görlitz, usytuowane po obu stronach Nysy Łużyckiej, to dość duże miasto, liczące około 95 000 mieszkańców. Było też miastem garnizonowym, co zadecydowało o umieszczeniu na jego krańcu obozu dla jeńców wojennych.
Görlitz-Ost to biedniejsze wschodnie przedmieście, któremu charakter nadawały głównie koszary, gdzie się mieścił garnizon Wehrmachtu.
Już w sierpniu 1939 r., w związku z przygotowaniami do wojny, w północno-wschodniej części Görlitz-Ost rozpoczęto organizację obozu przejściowego, tzw. dulagu.
Tu trafili pierwsi jeńcy II wojny światowej – żołnierze Wojska Polskiego i to ich rękami wznoszony był właściwy stalag, który miał inną lokalizację. Położony był w dzielnicy Moys (dzisiaj Zgorzelec Ujazd), w południowo-wschodniej części Görlitz-Ost. Ci pierwsi jeńcy, w liczbie ponad 8 000, musieli przetrwać zimną, deszczową jesień i ekstremalnie ostrą zimę 1939/1940 r. w wielkich płóciennych namiotach w dulagu. Pierwsze baraki w stalagu zostały zasiedlone przy końcu grudnia 1939 r. I chociaż większość polskich jeńców wojennych została do wiosny 1940 r. przeniesiona do innych obozów, stalag był rozbudowywany; w planach wojennych Rzeszy były bowiem kolejne ataki: na Holandię, Belgię i Francję.
Od czerwca 1940 r. zaczęły napływać transporty belgijskich i francuskich jeńców. Latem tego roku było ich około 20 000.
W połowie lat dwudziestych ubiegłego wieku w Görlitz powstały plany zbudowania po prawej stronie rzeki kościoła katolickiego. W maju 1929 r. położono kamień węgielny pod nowy kościół, a rok później, 11 maja 1930 r., odbyła się uroczystość jego poświęcenia i oddania pod opiekę św. Bonifacemu. Po likwidacji w listopadzie 1938 r. w Görlitz gminy żydowskiej, kościół św. Bonifacego zakupił wspaniałe organy, znajdujące się w synagodze.
Zdjęcie: Kościół pod wezwaniem św. Bonifacego. Widok z lat 30.
Zdjęcie: Ołtarz w kościele św. Bonifacego
W grudniu 1940 r. wrocławska archidiecezja przejęła administrację kościoła i utworzyła samodzielną parafię.
Franz Scholz mówi:
– To z powodu Stalagu kardynał Bertram tam mnie skierował i ustanowił osobną parafię we wschodnim Görlitz, której zostałem proboszczem i jedynym księdzem.
Wspomina:
– Najgorsza była ta jesień 1940 roku. Obóz nie był ukończony, jeńcy głodowali. (W. Pięciak, str. 24–25)
Ale na tym obowiązki księdza Scholza się nie kończyły. Byli przecież jego niemieccy parafianie, byli też polscy robotnicy przymusowi.
Wraz z eskalacją działań wojennych Rzeszy i mobilizacją kolejnych roczników zaczynało brakować rąk do pracy w gospodarce. Zaraz po zakończeniu kampanii wrześniowej, władze nazistowskie skierowały do pracy około 300 000 polskich jeńców wojennych, przeważnie w rolnictwie. Wprowadzono powszechny obowiązek pracy przymusowej (dotyczył on także młodzieży od 14 do 18 lat, a później nawet dzieci od lat 12).
Poza tym setki tysięcy Polek i Polaków zostały pojmane w łapankach na okupowanym obszarze, tak że już wczesnym latem 1940 r. ponad milion osób z Polski zatrudniano przymusowo w Rzeszy Niemieckiej. W początkach 1941 r. ogólna liczba obcej siły roboczej na terenie Rzeszy wynosiła trzy miliony.
Także fabryki w Görlitz, gospodarstwa rolne w okolicy, pobliskie kamieniołomy odczuwały brak rąk do pracy i chętnie korzystały z pracy robotników przymusowych. Byli widoczni w krajobrazie miasta, pracowali na budowach i przy budowie i reperacji dróg; na ubraniu mieli naszyte litery określające ich narodowość. Polacy nosili białą literę „P” i byli jedną z najgorzej traktowanych grup. Nie mieli żadnego wpływu na rodzaj i miejsce pracy, nie byli chronieni żadnym prawem.
Obowiązywały ich bardzo restrykcyjne przepisy: m.in. zakaz kontaktów z miejscową ludnością (za intymne związki, czyli „zhańbienie rasy” groziła wręcz kara śmierci), zakaz używania w miejscach publicznych języka polskiego. Nie wolno im było korzystać z publicznych środków lokomocji (potrzebne było zezwolenie policji) ani opuszczać miejsca pobytu. W ramach zakazu obcowania z ludnością niemiecką w miejscach publicznych nie mogli też chodzić do kościoła.
Dla tych ludzi właśnie ksiądz Scholz zorganizował duszpasterstwo w parafii św. Bonifacego.
Co miesiąc odprawiał dla nich Mszę. To prawda, po niemiecku, bo zakaz używania polskiego dotyczył też nabożeństw, a nawet kościelnych śpiewów.
Ale – wspomina – załatwiłem w Gestapo zezwolenie na odczytywanie po polsku kazania. Ocenzurowanego, najwyżej na stronę długości. Był to tekst religijny, więc dodawałem do niego kilka zdań od siebie, takich aluzyjnych.
(…) Scholz wspomina, że te Msze i ich klimat były jednym z jego najpiękniejszych przeżyć w kapłaństwie: kościół pękał w szwach, bo na każde takie nabożeństwo przychodziło do 700 Polaków, gdy na innych Mszach obecnych było może ze 150–200 niemieckich parafian (W. Pięciak, str. 26–27).
Ksiądz Scholz starał się też wspierać ich materialnie, chociaż miał bardzo ograniczone możliwości. Zaufani parafianie przynosili mu do kościoła jedzenie i ubrania, a on chował wszystko w konfesjonale. Potem pod pozorem posługi kapłańskiej mógł im coś zanieść do ich kwater.
Kinga Hartmann-Wóycicka
Miejsce Pamięci Stalag VIII A