Syndrom „Grzmiela” udzielił się Dobrołowiczowi?

Czytając artykuł we wrocławskiej Wyborczej na temat remontu gabinetu burmistrza Bogatyni, można zadać sobie pytanie, co jest nie tak z Bogatynią, że tak psuje ludzi?

Czytając artykuł we wrocławskiej Wyborczej na temat remontu gabinetu burmistrza Bogatyni, można zadać sobie pytanie, co jest nie tak z Bogatynią, że tak psuje ludzi?

Nie ma chyba lepszego argumentu za dwukadencyjnością w samorządzie niż to, co dzieje się w Bogatyni. Po Grzmielewiczu teraz dla Wojciecha Dobrołowicza takie słowa jak oszczędność, umiarkowanie czy roztropność stały się wręcz obce. Najwidoczniej po kilku latach w fotelu burmistrza ludziom zaczyna przestawiać się w głowach i nie mogą zrozumieć, że samorząd może być bogaty, ale nie oznacza to głupiej rozrzutności… Sprawy Volvo, służbowego busa, a teraz to, pokazują tylko, jak bardzo bogatyński magistrat na czele z burmistrzem oderwali się od rzeczywistości. Zapomnieli, że samorząd ma na celu służbę dla lokalnej społeczności.

Oczywiście artykuł wrocławskiej Wyborczej jak zwykle mocno przesiąknięty jest polityką i tam, poza samym remontem gabinetu, Dobrołowicz obrywa dodatkowo za swoje powiązanie z PiS, a obecnie z frakcją Mateusza Morawieckiego (partia ma dopiero powstać). W każdym razie nie zmienia to faktu, że przetarg na remont gabinetu burmistrza wydaje się mocno przesadzony. Zresztą tak samo, jak wcześniejsza specyfikacja Volvo czy służbowego busa.

Pisząc krótko, burmistrz poszedł na bogato. Wszystko przez to, że w kosztorysie wskazano rzeczy bardzo dokładnie, często wręcz z odnośnikami do konkretnych stron producentów poszczególnych elementów wyposażenia, jak choćby holenderskiego producenta wykładzin, czy producenta zasłon. "Wyborcza" zwraca uwagę na meble, a zwłaszcza obity naturalna skórą w odcieniu Ascot Caramael fotel włodarza...

Co prawda specyfikacja materiałowa jest wprost określona jako materiał informacyjno-pomocniczy, a nie wiążący wykaz produktów do zamówienia. Zastrzeżenie dotyczy głównie ochrony Zamawiającego przed roszczeniami Wykonawcy o dodatkowe koszty – nie jest to jednak to samo, co klasyczna klauzula „lub równoważny”, której zwykle wymaga się przy wskazywaniu konkretnych marek w zamówieniach publicznych.

Problem w tym, że nigdzie w zaproszeniu nie pojawia się typowa dla zamówień publicznych klauzula dopuszczająca produkty równoważne do tych wskazanych z nazwy (marki, numery katalogowe, konkretne linki do sklepów). Kosztorys podaje bardzo precyzyjne odniesienia (np. „Farba Beckers Designer White”, „Karlik Deco 25DWP-1”, konkretne adresy URL sklepów), co w klasycznym reżimie Pzp byłoby problematyczne, chyba że dodano by taką klauzulę.

Powodem, dla którego teoretycznie jest to dopuszczalne, jest to, że w zaproszeniu do składania ofert wskazano, że do tego zamówienia nie stosuje się przepisów ustawy Pzp. Zamawiający posługuje się własnym, wewnętrznym Regulaminem Udzielania Zamówień Publicznych (poniżej 170 000 zł, na podstawie Zarządzenia Burmistrza). W takim reżimie rygory dot. wskazywania znaków towarowych z ustawy Pzp (art. 99 ust. 5 Pzp – obowiązek dopuszczenia rozwiązań równoważnych) formalnie nie obowiązują wprost, choć dobra praktyka i zasada uczciwej konkurencji nadal powinny być zachowane.

Zaproszenie mówi ogólnie o „specyfikacji materiałowej” jako części dokumentacji projektowej, ale nie wyjaśnia wprost, że konkretne marki i numery katalogowe wskazane w kosztorysie mają charakter jedynie przykładowy/poglądowy – wskazuje tylko, że cała dokumentacja (w tym specyfikacja) nie rodzi roszczeń finansowych wobec Zamawiającego. Tym samym wskazuje też, że gabinet ma zostać wyremontowany w taki dokładnie sposób, jaki zamarzył sobie burmistrz Dobrołowicz, czyli jak już napisaliśmy, na bogato…

(załączone zdjęcia to zrzuty z wizualizacji)

A jak sprawę opisuje Wyborcza, przekonajcie się sami (art. za paywallem): Burmistrz od Morawieckiego szykuje sobie gabinet premium. „Mateusz przyjedzie, trzeba się pokazać”