Historia pachnąca chlebem. 80 lat piekarni Pływaczów w Zgorzelcu

Jest w naszym mieście miejsce, które od ośmiu dekad nadaje rytm miejskiej codzienności. Ciepłym światłem sączącym się zza uchylonych drzwi małego sklepiku, zapachem świeżego chleba, a dziś także kawy, wabi obietnicą chrupiącej przyjemności.

Jest w naszym mieście miejsce, które od ośmiu dekad nadaje rytm miejskiej codzienności. Ciepłym światłem sączącym się zza uchylonych drzwi małego sklepiku, zapachem świeżego chleba, a dziś także kawy, wabi obietnicą chrupiącej przyjemności.

To piekarnia Pływaczów, pierwsza zgorzelecka piekarnia, która od 1946 roku, gdy na prawym brzegu Nysy Łużyckiej powoli tworzył się polski Zgorzelec, działa przy ul. Łużyckiej 11. Choć istniała tu na długo przed powstaniem polskiego miasta, jej dzisiejsza historia wiąże się przede wszystkim z rodziną Pływaczów. Chleb wypiekał tu Jan Pływacz, który przyjechał do Zgorzelca w 1945 roku z Łodzi, gdzie wyuczył się piekarskiego fachu. W tamtym czasie ten fach znaczył więcej niż rzemiosło. Chleb oznaczał bezpieczeństwo, normalność i początek codziennego porządku.

Trudne początki

Według rodzinnego przekazu Jan oddał za piekarnię, tytułem odstępnego, wszystkie przywiezione do Zgorzelca oszczędności. Zakład od początku działa w tej samej zabytkowej kamienicy z 1898 roku, ale początki nie były łatwe. Utrzymanie prywatnej firmy w pierwszych dekadach PRL-u wymagało uporu, cierpliwości i odporności na warunki, w których prywatna inicjatywa nie miała lekko.

W słabo zaludnionym Zgorzelcu tylko na terenie Ujazdu działało w pierwszych latach po wojnie pięć (!) prywatnych piekarni. Większość z nich przegrała w okresie stalinowskim z systemem nieprzyjaznym „prywaciarzom”. Jan Pływacz przetrwał, choć nowe, państwowe piekarnie, PPS-owskie i GS-owskie, wyparły jego wypieki z półek sklepowych. Wtedy na znaczeniu zyskał mały sklepik firmowy w suterenie. Pamięta on kolejne pokolenia klientów, którzy najpierw przychodzili tu po chleb jako dzieci, a potem wysyłali „do Pływacza” własne pociechy. Kolejki od rana po chleb i ręcznie wyrabiane kajzerki, jedną ze specjalności zakładu, najlepiej świadczyły o przywiązaniu klientów. Brało się ono z prostego przekonania, że warto poczekać, by zabrać do domu naprawdę dobry chleb.

Dziedzictwo Pływaczów

Od 1970 roku piekarnię prowadził syn Jana, Jerzy. Z rodzinnym zakładem był związany od czasów szkolnych, gdy pomagał ojcu w buchalterii. W latach 60., po wypadku ojca, przerwał studia ekonomiczne i wrócił do Zgorzelca. Z czasem poznał firmę od środka, nie tylko od strony rachunków i odpowiedzialności za zakład, ale też piekarskiego rzemiosła, w którego tajniki wprowadził go ojciec, zmarły w 1976 roku.

Jerzy był przedsiębiorcą, dobrym piekarzem i świetnym sportowcem, zakochanym w ruchu i rywalizacji. Współtworzył zgorzelecką OSĘ, uprawiał lekkoatletykę i kolarstwo, które było jego największą pasją, a także narciarstwo biegowe. Startował w długodystansowych biegach narciarskich, w Izerskiej 50 i Biegu Piastów. Sport dawał mu dyscyplinę i wytrwałość, które przydawały się także w firmie.

Za jego czasów zakład się rozwinął i unowocześnił. Na pewien czas zniknął przypiekarniany sklepik, a pieczywo sprzedawano w punkcie przy Małym Rynku oraz w wiejskich sklepach w Tylicach i Studniskach. W latach 90. piekarnia wypiekała codziennie niemal tonę chlebów, bułek, chałek i innych smakołyków. Jerzy, podobnie jak ojciec, osobiście doglądał pracy i w każdej chwili był gotów zakasać rękawy. Razem z żoną Krystyną wspierał lokalne inicjatywy, szkoły, wydarzenia sportowe i rekreacyjne. Pomagał tam, gdzie widział sens i potrzebę. Podobnie jak ojciec, odszedł przedwcześnie, w wieku zaledwie 60 lat.

Rodzinny interes przejął jego syn Wojciech, od pewnego czasu wspólnik i w pewnym sensie czeladnik w piekarskim fachu. Był absolwentem Akademii Wychowania Fizycznego i pasjonatem tenisa. Zdecydował się kontynuować rzemiosło zapoczątkowane przez dziadka Jana, do którego, jak wspominają bliscy, był bardzo podobny. To był szacunek dla nazwiska, przeszłości i miejsca, które tworzyli bliscy, oraz dla zespołu oddanych pracowników.

Każde pokolenie prowadziło zakład w innych czasach. Jan budował wszystko od podstaw i przetrwał w rzeczywistości nieprzychylnej prywatnej inicjatywie. Jerzy rozwijał firmę, łącząc rzemiosło z przedsiębiorczością i społecznym zaangażowaniem. Wojciech mierzył się z transformacją, konkurencją dużych sieci i zmieniającymi się przyzwyczajeniami klientów. Kiedy odszedł nagle i niespodziewanie, tradycję postanowiła kontynuować Agnieszka, synowa Jerzego i żona Wojtka. Wspólnie z załogą dba o rzemieślniczy charakter piekarni, a jednocześnie organizuje pracę, pilnuje kosztów i odpowiada na oczekiwania klientów. Nie jest to łatwe, ale dzięki jej odważnej decyzji i zaangażowaniu całego zespołu piekarnia przy Łużyckiej nadal żyje.

Nocna praca, poranne spotkania

Wraz z trzecim pokoleniem Pływaczów na Łużycką 11 wrócił sklepik z pieczywem. W ostatnich latach przeszedł metamorfozę. Jest już nie tylko miejscem, gdzie kupuje się pieczywo „od Pływacza”, lecz także przytulną mini bakery café. Pachnie w niej świeżo zmieloną kawą, stoją stolik, krzesełko i poduszki, a na ścianach wiszą rodzinne fotografie i pamiątki. Klientów przyjmuje pani Kasia, gospodyni sklepiku i żywa wizytówka firmy. Poleca wypieki, podaje chleb, pakuje bułki i zna codzienne wybory wielu osób.

Tymczasem gdy większość miasta śpi, a pracują piekarze. Krzysztof i Grzegorz wyrabiają ciasto z mąki, wody i zakwasu, pilnują jego temperatury i pozwalają mu spokojnie wyrosnąć. Bochenki, bułki, rogale i chałki nabierają potem rumieńców w starym, blisko stuletnim piecu, sercu piekarni, który zbudował jej pierwszy, niemiecki właściciel. Tej pracy nie da się przyspieszyć ani zastąpić najlepszą nawet recepturą. Liczą się doświadczenie, cierpliwość i oko piekarza. Przez lata zmieniały się przepisy, ceny, sklepy i przyzwyczajenia klientów, ale sens pracy pozostaje ten sam: wypieki tak dobre, żeby ludzie chcieli po nie wracać. I wracają.

Dziś piekarnia opowiada o sobie współczesnym językiem. W mediach społecznościowych pokazuje wypieki, tłumaczy, dlaczego świeżego chleba nie należy kroić od razu, skąd biorą się dziurki w pieczywie, po co bułkom przedziałek i dlaczego ręczne formowanie nadal ma znaczenie. Stary zakład rzemieślniczy nie udaje nowoczesnej sieciówki. Po prostu rozmawia ze swoimi klientami.

Pamięć o smaku

Najpełniej widać to w pamięci klientów. Jedni wspominają piątkowe wieczory pod piekarnią i zapach chleba na całej ulicy. Inni pamiętają rodziców, którzy kupowali pieczywo o piątej rano, bo na szóstą szli do pracy w Walizkowni, a później w Mirze. Ktoś jako dziecko biegał po gorący chleb, który nie zawsze docierał do domu w całości, bo po drodze znikały piętki albo wyjadany był miękki środek. Ktoś inny przed szkołą kupował grzebienie z marmoladą, a czasem mama wysyłała go po żur. Są też tacy, którzy wyjechali ze Zgorzelca wiele lat temu, ale na wieść, że piekarnia nadal działa, zapowiadają, że przy najbliższej wizycie pójdą tam jak dawniej, do Pływacza.

Jedno z takich wspomnień zostawiła Hanna Ilnicka. Pół wieku temu, po przeprowadzce do Zgorzelca, wstąpiła do piekarni w drodze do pracy w przychodni przy ul. Warszawskiej i od tamtej pory bywała tu niemal codziennie. Nie poznała Jana, ale znała pana Jurka i Wojtka, wtedy jeszcze chłopca, który później został mężem Agnieszki, córki jej przyjaciół. W jej opowieści historia piekarni to nie daty i nazwiska, lecz ludzkie relacje, droga do pracy, zakupy i rozmowy. Jest w niej też śnieżny poranek, już po śmierci Wojtka. Weszła wtedy do piekarni, zobaczyła na ścianach zdjęcia pierwszych powojennych właścicieli i inne pamiątki, a obok stolik, krzesełko i poduszki, w sam raz na kawę i cynamonkę. Mieści się w tym cały urok takich miejsc: wspomnienia, domowe ciepło i zwyczajna radość, że dzień może po prostu dobrze się zacząć.

Znam tę radość. Kiedy w 2005 roku, po długiej nieobecności, wróciłam do Zgorzelca, zaglądałam w drodze do pracy do sklepiku przy Łużyckiej 11 po przepyszny chleb żytni, który pomagał mojej rodzinie zakorzeniać się w moim rodzinnym mieście. Piekarni nie sposób było przegapić. Zapach świeżego pieczywa czuło się już od starego wiaduktu kolejowego i towarzyszył mi jeszcze po wyjściu ze sklepiku. Zimą, w ciemnym i cichym o szóstej rano mieście, wyjątkowe wrażenie robiła smuga ciepłego światła sączącego się przez szczeliny w drzwiach małego sklepiku ukrytego w chodniku. W środku było ciepło, pachniało chlebem i kawą. Wychodziłam z bochenkiem, który jeszcze przed chwilą był częścią nocnej pracy piekarzy. Takie chwile nie wydają się wielkie, kiedy się dzieją, ale po latach okazuje się, że właśnie z nich składa się poczucie bycia u siebie.

Bo firma to ludzie

Osiemdziesiąt lat piekarni to nie tylko jubileusz firmy, ale też święto tworzących ją ludzi. Podkreśla to Agnieszka Pływacz. Bez obecnej załogi, czyli Kasi, Grzegorza i Krzysztofa, a także pana Dzidka oraz pań Bogusi, Irenki, Magdy i Ani, bez ich rzetelności, pasji i szacunku dla tradycji, trudno byłoby kontynuować rodzinne dzieło. Dziękuje też ajentom, dzięki którym wypieki z Łużyckiej 11 trafiają do klientów nie tylko w Zgorzelcu. W jej słowach słychać uznanie i wdzięczność:

„Jestem dumna, że mogę dzięki Wam wszystkim reprezentować i prowadzić Zakład Piekarniczy należący od 80. lat do rodziny mojego męża”.

To kawałek historii Zgorzelca zapisany nocną pracą piekarzy, rodzinnymi przekazami, wspomnieniami i ulubionymi smakami klientów, ukryty w zabytkowej kamienicy przy Łużyckiej 11. Są miejsca, które nie potrzebują wielkich słów, żeby być ważne. Wystarczy, że przez dziesięciolecia pachnie w nich świeżym chlebem. To dzięki nim o mieście, nawet jeśli przyjechało się do niego z daleka albo wróciło po latach, myśli się: dom.